Była sobie mała dziewczynka. Nikt nie wiedział ile miała lat. Nikt nie wiedział jak jej było na imię…

Miała brązowe włosy i zielone oczy. Dnie spędzała przycupnięta na chodniku obok miejscowego kościoła. Patrzyła w niebo bawiąc się kosmykiem swoich długich włosów. Czasami się uśmiechała, czasami była smutna, jednak większość czasu jej twarz nie wyrażała nic…

Mieszkańcy miasteczka bardzo lubili dziewczynkę, bo zawsze im pomagała, o cokolwiek była poproszona. Nosiła zakupy, opiekowała się dziećmi, którymi nikt nie mógł się zająć, gdy rodzice szli do pracy. Była zawsze tam, gdzie ktoś potrzebował pomocy. Jeśli się jednak nie pojawiała, mieszkańcy wiedzieli, gdzie jej szukać. Wystarczyło przejść się w stronę kościoła. Jej drobna postać była nieodłączną częścią krajobrazu tuż przed wejściem. Można ją było poznać po znoszonych butach i za dużym niebieskim swetrze. 

Z czasem mieszkańcy ustalili grafik, kto i ile czasu korzysta z pomocy dziewczynki, ponieważ okazało się, że bez wsparcia małej dziewczynki miasteczko już nie mogło dobrze funkcjonować…

I coraz trudniej było spotkać przycupniętą małą dziewczynkę przed bramą kościoła. Dziewczynka nie miała już wiele czasu, aby gapić się wyczekującym wzrokiem w niebo. Była z każdym dniem bardziej zajęta. Pomagała w milczeniu, bezszelestnie wykonując powierzone jej zadania. Mieszkańcy próbowali dowiedzieć sie coś wiecej na temat dziewczynki, zadawali jej pytania:
– Skąd jesteś dziewczynko?
– Jak masz na imię?
– Gdzie są Twoi rodzice?
Każde z tych pytań powodowało, że dziewczynka robiła krok do tyłu i kręciła tylko nerwowo głową. Nigdy nie odpowiadała. A jeśli ktoś uparcie starał się wydobyć z niej informacje i powtarzał w kółko pytanie dziewczynka kurczyła się coraz bardziej z każdym kolejnym powtórzeniem, aby ostatecznie zacząć sie trząść, a jej oczy stawały się jeszcze większe i bardziej zielone niż zwykle. Na jej policzkach pojawiały się błyszczące jak diamenty łzy. 

Raz pewna staruszka otarła łzy dziewczynki. Ku jej zaskoczeniu łzy nie wsiąknęły w haftowaną chusteczkę starszej pani, a potoczyły się jak koraliki z zerwanego naszyjnika, odbijając sie od ziemi jak diamentowe piłeczki, wydając przy tym dźwięczne tony. Dziewczynka słysząc to zaciskała mocno usta i oczy, szybko zasłaniała uszy małymi rączkami, tak mocno, że kostki palców stawały się na przemian białe i czerwone z wysiłku…
Po tym wydarzeniu starsza pani poinformowała całe miasteczko, aby nikt już nie zadawał dziewczynce żadnych pytań. Dziewczynka więc już nie miała powodu do płaczu, mało tego – zawsze gdy pomagała mieszkańcom na jej twarzy pojawiał się spokój, czasami jej oczy robiły się większe i bardziej zielone niż zwykle, uśmiechała się, a policzki miała rumiane z zadowolenia. 

Pewnego kwietniowego dnia przed drzwiami kościoła pojawił się mężczyzna i poprosił, aby malutka dziewczynka towarzyszyła mu w wyprawie na ryby. Dziewczynka w odpowiedzi energicznie skinęła głową, a jej oczy zrobiły się tak duże jak nigdy przedtem.
Nigdy nie była na rybach!
Nigdy nie była nad jeziorem!
Przechyliła głowę i wpatrywała się w mężczyznę z jednocześnie rosnącym zdziwieniem i radością. Mężczyzna poprawił swój plecak. Jedną ręką chwycił wędki, a drugą wyciągnął w stronę siedzącej dziewczynki, uśmiechając się zapraszająco. Dziewczynka przechyliła głowę w drugą stronę, nie wiedząc za bardzo co zrobić? Spojrzała pytająco na wędki, na co mężczyzna w odpowiedzi pokręcił głową i znacząco potrząsnął ciągle wyciągniętą w jej stronę dłonią. Mała dziewczynka zmarszczyła nos i coś jej chyba zaświtało w głowie, bo podniosła się z chodnika i zrobiła mały krok w stronę wyciągniętej ręki. Ostrożnie, jakby z niedowierzaniem dotknęła paluszkami otwartej dłoni, sprawdzając czy jest prawdziwa… Mężczyzna czekał obserwując dziewczynkę… Jego dłoń trwała zawieszona w powietrzu i w czasie. Dłoń olbrzyma – pomyślała dziewczynka, była o wiele większa niż jej własna. Dłoń olbrzymia, a skóra twarda i szorstka, ale ciepła w dotyku…
Dziewczynka spojrzała ponownie na mężczyznę olbrzyma. Jej dłoń delikatnie spoczęła na jego dłoni. Olbrzym powoli zamknął palce wokół małej rączki dziewczynki i zapytał:
–  Gotowa do drogi?
Dziewczynka w odpowiedzi uśmiechnęła się i radośnie podskoczyła. Jej włosy wykonały szalony taniec w powietrzu. Mężczyzna roześmiał się i ruszyli…

Wyjątkowy to był spacer olbrzyma i malutkiej dziewczynki. Gdy olbrzym stawiał jeden krok, dziewczynka robiła pięć podskoków. I tak trwając w tym dziwnym tańcu dotarli do brzegu jeziora.
Mężczyzna rozstawił wędki, ustawił w pogotowiu wiadro pełne wody, które miało czekać na złowione ryby. Po czym usiadł i oświadczył:
–  A teraz czekamy.
Dziewczynka kiwnęła głową z aprobatą. I siedzieli tak bez słów, bez czasu, z ciszą u boku…
Jeziorna cisza jednak lubi towarzystwo: szum wiatru w szuwarach, śpiew ptaków na przybrzeżnych krzewach, nawoływanie żab leniwie wygrzewających się na kamieniach… Po czasie, z całego towarzystwa, wyłonił się nowy dźwięk, przypominający krople deszczu rozpryskujące się o taflę jeziora. Przytulający, kojący, przywołujący. Mężczyzna przyłożył dłonie do uszu nasłuchując. Dziewczynka zrobiła to samo.
– Słyszysz? – zapytał mężczyzna olbrzym. Dziewczynka skinęła głową.
– Wiesz co to za głos mała dziewczynko? Dziewczynka pokręciła głową. Jej oczy zaczęły się robić większe.
– To ryby. Śpiewają – kontynuował mężczyzna. Oczy dziewczynki były teraz olbrzymie i jeszcze bardziej zielone. Zaczęła nerwowo kręcić głową.
– Nie wierzysz mi? – zapytał mężczyzna zaciekawiony reakcją dziewczynki.
– Zobacz – powiedział wskazując na coś w oddali – popatrz dziewczynko – Jak się dobrze przyjrzysz, to zobaczysz rybie pyszczki tuż przy powierzchni wody. Dziewczynka zerwała się z pomostu i podbiegła do jego krawędzi mocno wypatrując rybich pyszczków.

Mężczyzna ze swojego miejsca przyglądał się jej z zaciekawieniem. Nie do końca rozumiał jej poruszenie. Dziewczynka odwróciła głowę w stronę mężczyzny, jej oczy były olbrzymie i bardzo zielone. Po twarzy spływały łzy. Jej spojrzenie pytało: ale jak to możliwe??
– Możliwe – mężczyzna odpowiedział na nieme pytanie małej dziewczynki – ryby śpiewają.
Na to  dziewczynka szepnęła zachrypniętym glowem:
– Ale dzieci i ryby głosu nie mają…
– Mają dziewczynko. Gdy tylko damy im takie prawo i przestrzeń – i przytulił mocno małą dziewczynę, której zielone oczy płakały mokrymi łzami.

Koniec?
Ale dla mnie to tak naprawdę początek.
11.06.2021.

Historię napisałam dzisiaj przy porannej kawie. Poczułam głód wypuszczenia rybiego i własnego glosu na wolność.
Jeśli poczułaś, poczułeś, że jakaś struna drgnęła w Tobie podczas lektury mojej bajki, zapraszam abyś, wypuścił/a ten głos i dał/a mu upust w komentarzu.

Grafika by @montania.draw